Bielsko- Biała: Strefa 321 czyli jemy na lotnisku!

Lubię trochę mniej oczywiste miejsca (taka nowość), a ta knajpka, w aeroklubie, samym miejscem już zaciekawia. Dopiero jak tam przyjechałam to dowiedziałam się, że właścicielem jest jakiś masterszef.  Supcio, ale to o jedzenie tu chodzi.

 
Pan kelner nam napolecał, a ja, podatna na sugestie (szczególnie te dotyczące jedzenia), zgodziłam się na wszystko.
 
Amuse-bouche było bardzo proste, ale przyjemne. Szprotka, burak, kleks ze śmietany. Nie musi być drogo, by było fajnie.
 
 
Wchodzi przystawka. I ja robię ‘ha! To jest fajne miejsce ‘. Śledź z miodem? Z masłem orzechowym? No póki co to nawet moja mama na to nie wpadła..  nie mogę się doczekać, co będzie dalej!
 
 
Pojawia się zupa tajska. Jest dobra. Ale nie rozumiem dlaczego pan kelner ją polecił. W porównaniu do śledzia to się chowa. No ale jest ok. To znaczy naprawdę jest dobra.
 
 
Wątróbka niestety jest dość ciężka. Nie przypomina ciekawego dania z polotem z restauracji jakiegoś superszefa, ale raczej ciekawszy obiad u babci. 
Rolada z kurczakiem jest trochę lepsza. To już nie jest taki zwykły obiad u babci. To obiad bardzo ciekawy.
 
Jest jeszcze wada dań glownych- oba dania mają takie same dodatki. Nie po to przychodzę do restauracji z kimś, by nie próbować. Sami daliście mi śledzia, to teraz wymagam.
 
 
Deser poprawia mi trochę humor. Lubię lody. I lubię jak ktoś robi lody na moich oczach. Mimo że znam lody z ciekłym azotem, to jednak było to naprawdę fajne. Olbrzymia porcja. Ciekawy smak.
Maciek zamówił jeszcze bananoffe. Skrzywilam się, no bo oczywiście spróbuję, ale mocno dojrzałe banany nie są dla mnie dobre. Ale to bananoffe było naprawdę świetne. Jestem pozytywnie zaskoczona. Aż tak że rozważam zrobienie takiego własnoręcznie. To jest dopiero wyraz uznania.
 
 
Bardzo podobała mi się sugestia kelnera, że podzieli nam przystawki na dwa talerze. Skradł tym serce Maćka, który nie musiał marudzić i mi oddawać co chwilę swojego talerza. (Zdjęcia przystawek które widzicie są w obu przypadkach rozłożone na dwa talerze).
 
Porcję są duże, bez problemu da się najeść, ceny bardzo przystępne. Za wszystkie smakowitości (śledź, zupa, wątróbka, roladka z kurczaka, lody, bananoffe, dwie kawy i piwo) zapłaciliśmy 140 zl. A trzeba przyznać, że wylądowała na naszym stole góra dobrego jedzenia. Jeszcze trochę brakuje by zdobywać medale, ale na pewno jest to restauracja lepsza od przeciętnej. Jeszcze trochę polotu i ja będę mówić ‘aaa, jedziemy do Szczyrku na narty? To pójdziemy na kolację do aeroklubu. Super, Super!’
 
 
No bo kurczę, czy naprawdę musi być tak, że dla mnie są tylko przystawki i desery? Bo już niedługo wszędzie będzie się kończyć jak w warszawskim Genesis, gdzie ostatnio zjadłam przystawkę i trzy(?!) desery… jednego wieczoru 🙂
Więc prośba do pana właściciela- proszę trochę duszy dodać do dań głównych. To jeszcze wpadnę.
 
 
(Acha, i pies w kuchni. NIE. Wielkie nie. Nigdy więcej. Serio.)
 
A już niedługo zaproszę Was na przewodnik po okolicach. Stay tuned!
 
Bielsko-Biała

Share Post